Ten ambitny projekt, który w całości koncentruje się na kluczowych latach kariery Dylana, przenosi nas do samego serca lat 60-tych, okresu naznaczonego kulturowymi i politycznymi wstrząsami. Oto podsumowanie najważniejszych wydarzeń i punktów widzenia wyrażonych przez aktorów i reżysera podczas wydarzenia.
Timothée Chalamet, który gra Boba Dylana: Zwrócono się do mnie z tym projektem w 2018 lub 2019 roku. Szczerze mówiąc, jest milion powodów, jeśli nie miliard, które przyciągnęły mnie do tego projektu. Pierwszym z nich było to, że w tamtym czasie moja kariera zaczynała nabierać rozpędu i wysłano mi materiał do tego filmu. Zanim jeszcze posłuchałem jego muzyki, obejrzałem jego pierwsze wywiady na YouTube.
Miał raczej konfrontacyjną i tajemniczą postawę, w sposób, który jest dziś zupełnie niespotykany w wywiadach. Na przykład, gdybym odpowiedział na twoje pytanie w sposób Dylana, byłoby to dziwne, nie byłoby prawdziwej rozmowy. Więc to jego charakter i te wywiady przyciągnęły mnie w pierwszej kolejności.
Do tego dochodzi oczywiście muzyka i wszystko, co reprezentował w latach 60. Był nie tylko ważną postacią w Stanach Zjednoczonych, ale także we Francji, Japonii i na całym świecie!
Po pięciu i pół roku pracy nad tym filmem mogę powiedzieć, że jest to rola i projekt, które wywarły na mnie największy osobisty wpływ ze wszystkiego, co do tej pory zrobiłem. Jestem dumny ze wszystkich moich filmów, ale ten miał na mnie wyjątkowy wpływ.
Edward Norton, który gra Pete'a Seegera: Wiesz, myślę, że prawdziwym świadectwem znaczenia Dylana jest jedno z jego słynnych zdań: "I contain multitudes". Jego twórczość jest ogromna, obejmuje kilka dekad i ewoluuje wraz z naszym życiem. W pewnych momentach pewne aspekty tego, co robił, nabierają dla nas szczególnego znaczenia, a później przywiązujemy się do innych wymiarów jego twórczości.
Jego spuścizna wykracza daleko poza muzykę: obejmuje tak wiele faz, aspektów i wymiarów życia - czy to politycznego, emocjonalnego czy jakiegokolwiek innego. To ogromna praca. I myślę, że to właśnie ta głębia i różnorodność sprawiają, że jego twórczość jest tak trwała i tak szeroko zakrojona.
Dużo rozmawialiśmy również o tym, jak inspirujący jest jako artysta. Szczególnie imponuje mi jego zaciekła obrona swojej sztuki. Podążał za swoimi twórczymi impulsami z ogromną determinacją, nigdy nie martwiąc się o wyniki komercyjne czy nawet publiczną aprobatę. To bardzo silne podejście i trudne do naśladowania, ale nieocenione jako punkt odniesienia.
Myślę też, że od najmłodszych lat posiadał głęboką filozoficzną mądrość. Niewiele mówił o swoich dziełach, a poproszony o wyjaśnienie ich znaczenia, często odpowiadał: "Nie zamierzam wyjaśniać, co to znaczy. Musisz sam zdecydować, co to znaczy". Intuicyjnie rozumiał, że siła jego sztuki leży w osobistej interpretacji, którą każdy może z niej zrobić.
Weźmy na przykład piosenkę "Boots of Spanish Leather". Gdyby powiedział, że chodzi po prostu o wyjazd jego dziewczyny Sylvie do Hiszpanii, piosenka straciłaby swój uniwersalny charakter. To wszystko, czym mogłaby być. Ale nie wyjaśniając tego, pozwala piosence rezonować inaczej dla każdej osoby, w zależności od jej własnych doświadczeń.
W miarę upływu czasu coraz częściej zastanawiam się, dlaczego mamy tendencję do analizowania dzieła, zanim jeszcze zdążymy je w pełni docenić. To coś, o czym często myślę.
Monica Barbaro,Joan Baez: Cóż, znałam jego twórczość, ale nie mogę powiedzieć, że byłam wielką fanką Dylana. Nie byłam fanką, daleko mi do tego. To, co ta historia dla mnie znaczy i co pokochałam, to obserwowanie różnych reakcji na ten film.
Widziałem dwie osoby wychodzące z tego samego seansu z zupełnie przeciwnymi opiniami. Na przykład moja matka po obejrzeniu filmu zalała się łzami. Nie mogła przestać mówić o "The TimesThey Are A-Changin'". Czułem, jak siedzi obok mnie, głęboko poruszona, niemal dusząc się z emocji. Mówiła, że czasy muszą się zmieniać, że to głęboko rezonuje z jej zainteresowaniem ewolucją i ideą, że pokolenia nie mogą trzymać się własnego dyskursu w nieskończoność.
Z drugiej strony, ojciec mojego przyjaciela powiedział mi, że dla niego ten film odzwierciedla złotą erę muzyki, najlepszy okres w historii muzyki. Uważał, że nigdy nie powinniśmy byli od tego odchodzić ani próbować tego zmieniać.
Uważam, że to fascynujące, że każda osoba ma tak unikalną interpretację filmu. Zależy to całkowicie od ich własnego związku z muzyką, sztuką i tym konkretnym okresem, niezależnie od tego, czy go przeżyli, czy nie.
Dla mnie to, co najbardziej uderzyło mnie w tym filmie, to sposób, w jaki obejmuje ewolucję artysty, pokazując, jak to wygląda i przedstawiając wiele możliwych perspektyw. Każda postać w filmie ma inną relację z Bobem Dylanem, unikalną reakcję na jego spuściznę i doskonale odzwierciedla tę różnorodność interpretacji.
James Mangold jest genialnym reżyserem. Nigdy nie narzuca widzom określonej opinii. Pozostawia każdemu swobodę w odbiorze filmu i Boba Dylana. Uważam, że to fascynujące. Dylan oznacza tak wiele rzeczy dla tak wielu ludzi, a uderzające jest to, że nie ma stałej spójności.
I myślę, że sam Dylan byłby szczęśliwy, mogąc ucieleśniać tę ideę, tę wolność, by nie narzucać określonego sposobu odczuwania swojej pracy. Ten film odzwierciedla tę filozofię i głęboko go za to podziwiam.
James Mangold, reżyser : No tak. Mnóstwo pytań! Gąsienica na dywanie... (śmiech). A więc dziedzictwo. Dużo o tym myślę, podobnie jak moi współpracownicy, którzy również są fanami Dylana. Ale szczerze mówiąc, nie zastanawiałem się nad tym podczas kręcenia filmu.
Film kończy się w 1965 roku. W tym momencie żaden z bohaterów nie był świadomy żadnego "dziedzictwa". Nie jestem nawet pewien, czy mieli wyraźne poczucie dogmatu lub zasad, które rozwiną w swojej karierze. Może Pete tak, ale wątpię, by Bob miał w tym czasie w pełni ukształtowaną filozofię artystyczną.
Moim głównym celem, zarówno podczas pisania, reżyserowania, jak i współpracy z tymi talentami, było zakotwiczenie nas w tym konkretnym momencie, w tym, co reprezentował w tamtym czasie. Nie w sposobie, w jaki interpretujemy te wydarzenia 25, 35 czy 50 lat później.
Nikt nie wie, kiedy śpiewa piosenkę po raz pierwszy, że stanie się ona ikoną. Nikt nie wie, że stanie się ona kulturowym kamieniem milowym. Słowo "ikona" to bardzo nowoczesny, post-internetowy sposób odnoszenia się do niemal wszystkiego. W tamtym czasie Bob Dylan był tylko piosenkarzem i autorem tekstów, ale było jasne, że był związany z czymś głęboko potężnym.
I myślę, że sam był tego świadomy, na pewnym poziomie. Wszystko, co starałem się zrobić, szczególnie dla Timothée, ale także dla całej ekipy, to skoncentrować się na tym konkretnym momencie, na tych relacjach międzyludzkich. To, co działo się w tamtym czasie, nie miało takiej samej skali. To był dla nich niemal szok, gdy zobaczyli, jak gigantyczne stało się to wydarzenie.
A wszystko to narodziło się z prostego aktu: struny gitary, kilof, kilka paznokci, głos. Te małe, intymne gesty zostały przekształcone w coś niezwykle wpływowego w obliczu handlu i kultury popularnej.
Więc spadek, tak...
James Mangold: Potwierdziło to tylko jedną rzecz: jest enigmą, tajemnicą. Ale w rzeczywistości był po prostu człowiekiem siedzącym przy stole z filiżanką kawy, odpowiadającym na banalne pytania: "Kto nazywał cię Bob? Kto nazywał cię Bobby?" lub "Kiedy pisałeś, to na łóżku czy przy biurku? O jakiej porze dnia?"
Miałem w głowie te wszystkie proste pytania, których być może biografowie by nie zadali. Jednocześnie otrzymywałem jego wrażenia na temat scenariusza, który napisaliśmy z Jayem, jego komentarze. Uderzyło mnie to, że dał mi bardzo szczerą perspektywę. Na przykład powiedział mi, że jego decyzja o przejściu na zasilanie elektryczne nie była próbą zrewolucjonizowania kultury lub spełnienia oczekiwań. Było to po prostu pragnienie, by nie być samemu na scenie, by współpracować z innymi muzykami, których podziwiał, takimi jak Buddy Holly, Little Richard czy Hank Williams.
Nie zdawał sobie sprawy, że znajduje się w szczytowym momencie przełomowego momentu kulturowego. Po prostu żył w tym momencie. I to przypomniało mi o uniwersalnej prawdzie: nie zawsze wiemy, kiedy doświadczamy głównych punktów zwrotnych w naszym życiu. Dopiero z perspektywy czasu zdajemy sobie z tego sprawę.
Ta pokora była dla mnie bardzo inspirująca. Zbyt często staramy się wszystko wyjaśnić, znaleźć odpowiedzi, które usprawiedliwią nasze zachowanie. Ale gdybyśmy zastosowali tę analizę do siebie, wszyscy bylibyśmy zagadkami. Dlaczego zjadłeś to na śniadanie dzisiaj, a nie wczoraj? Czasami nie ma odpowiedzi.
Ludzie nazywają Boba Dylana tajemnicą, ale jest to człowiek, który napisał 55 oryginalnych albumów, piosenek o miłości, filozofii, polityce i relacjach międzyludzkich. Czy takiego artystę naprawdę można oskarżyć o bycie "tajemnicą"? Ile trzeba stworzyć, by ludzie powiedzieli "wystarczy"? A może im więcej tworzysz, tym więcej zadajesz pytań, a jeśli na nie nie odpowiadasz, zostajesz zaszufladkowany?
Z naszego spotkania wyniosłem przede wszystkim to, że Bob Dylan jest przede wszystkim człowiekiem. Przeżył swoje życie, odczuwał podstawowe emocje, takie jak samotność, zwątpienie i zagubienie. I to uwolniło mnie, jako reżysera, w sposobie, w jaki pokierowałem aktorami. Nie kręciłem dokumentu o podpisaniu Magna Carta czy Deklaracji Niepodległości. Opowiadałem historię o artystach, ich związkach, zazdrości, miłości i konfliktach. Właśnie nad tym mogli pracować aktorzy i było to niezwykle przydatne.
Timothée Chalamet: "Przed", jeśli chodzi o moją pasję lub zrozumienie Boba Dylana? Hmm, nie wiem, co było trudniejsze. Muszę powiedzieć, że z jednej strony rock'n'rollowe piosenki z lat '64 i '65 były mi bardziej znane przed rozpoczęciem filmu, w przeciwieństwie do muzyki folkowej. Ale kiedy zaczęliśmy nad nim pracować, to właśnie w muzyce ludowej odnalazłem najwięcej swobody!
Kiedy grasz sam na gitarze, możesz naprawdę znaleźć swój własny rytm, swoje własne momenty. Ale z rock'n'rollowymi piosenkami, takimi jak "Like a Rolling Stone", które są tak głęboko zakorzenione w amerykańskiej wyobraźni, jesteś prawie uwięziony, ponieważ są już tak kultowe.
Jeśli chodzi o przed i po, to tak, absolutnie. Dużo o tym mówiłem w Stanach. Dorastałem z muzyką głównego nurtu: hip-hopem, popem, czymkolwiek, co było wtedy na iTunes. Ale po tym filmie i dzięki Bobowi Dylanowi odkryłem kultowych artystów, takich jak The Rolling Stones i The Beatles. Te odkrycia nie ograniczały się tylko do najbardziej znanych piosenek, ale otworzyły mnie także na ruchy takie jak Nouvelle Vague we Francji.
Chociaż wydaje się to inne od amerykańskiej muzyki lat 60-tych, we Francji w tym czasie istniało takie samo pragnienie artystycznej transformacji. Fascynujące jest obserwowanie, jak te postawy się zbiegają.
Myślę, że ważne jest, aby przypominać młodym ludziom, tym, którzy mają 18 lub 25 lat, że nie jest to tylko kwestia edukacji muzycznej, ale sposób na zrozumienie, gdzie jesteśmy dzisiaj. Ta otwartość jest niezbędna, zwłaszcza w czasach, gdy czasami trudno jest skłonić wszystkich do wspólnego działania, z niecierpliwością, ale i nadzieją.
Timothée Chalamet: Szczerze mówiąc, nie mam na to dobrej odpowiedzi, przysięgam! Naprawdę trudno powiedzieć. Ale powiedziałbym, że była pewna swoboda, a jednocześnie jednym z największych wyzwań był brak materiałów dotyczących tego konkretnego okresu w jego życiu.
Istnieje ogromna ilość materiałów wizualnych, filmów dokumentalnych i muzyki o Bobie Dylanie z lat 1963, 1964 i 1965. Ale film zaczyna się w latach 1961-1962, czyli w okresie, w którym jest bardzo mało treści na jego temat. W Internecie nie ma prawie żadnych filmów, a dostępna muzyka jest często ograniczona do wersji demo.
Bardzo niewiele z tych nagrań demo zostało wyprodukowanych, co dało mi większą swobodę w odkrywaniu tego okresu. Ale paradoksalnie jest to również okres, o którym nawet historycy i zagorzali fani Boba Dylana wiedzą mniej. Istnieje znacznie mniej znanych historii i szczegółów dotyczących tych lat, co sprawiło, że interpretacja była zarówno fascynująca, jak i złożona.
Edward Norton: Cóż, miałem już pewne podstawy z mojego treningu cyrkowego, który obejmował trochę klasycznego banjo. Ale wiesz, francuskie klasyczne banjo to nie to samo co banjo ludowe. To było trochę trudne.
Ale szczerze mówiąc, muzyka nigdy nie była wyzwaniem. To była radość. Muzyka jest największym darem, jaki może dać ci reżyser. Wiesz, kiedy ktoś mówi ci: "Chodź, pracuj i graj tę muzykę", to po prostu spełnienie marzeń.
Monica Barbaro: Tak, powiedziałabym, że był to, jak powiedział Edward, największy dar wszechczasów. Bycie w stanie uznać siedzenie, uczenie się gry na gitarze i śpiewania, dzień po dniu, przez kilka miesięcy, za cały dzień pracy było niesamowite. Czuję się naprawdę szczęśliwy, że miałem dostęp do kilku niezwykłych trenerów, którzy wspierali mnie w tym procesie.
Ale tak, było to również niezwykle trudne, głównie dlatego, że tak bardzo podziwiam Joan. Jest niesamowitym muzykiem i wiele osób podziela mój szacunek i podziw dla niej. Więc próba zbliżenia się do jej brzmienia, jej muzykalności, była onieśmielająca. To było dość przerażające wyzwanie.
Ale z drugiej strony, był to również największy prezent wszech czasów. A teraz mogę grać na gitarze, prawda? Więc to jest zwycięstwo samo w sobie.
Timothée Chalamet: Powiem szczerze, że to duma zbiorowa, nie tylko osobista. To prawdziwy powód do dumy dla nas wszystkich, a także dla Elle Fanning, której dziś tu nie ma. Całkowicie zanurzyliśmy się w świecie lat 60. Daliśmy z siebie wszystko dla tego filmu.
Kiedy mówię, że poszliśmy na całość, mam na myśli, że odłożyliśmy na bok wszystkie nasze współczesne nawyki - telefony, dzisiejsze rozpraszacze - aby całkowicie zanurzyć się w tamtej epoce. Edward był zagorzałym obrońcą Pete'a Seegera, jego zdaniem to nie był "film o Bobie Dylanie". Monica, ze swojej strony, zagrała Joan Baez z tą samą mentalnością, broniąc swojej postaci z pasją i lojalnością.
To była jedna z moich obaw: że ten film stanie się kolejnym klasycznym hollywoodzkim filmem biograficznym, trochę "sformatowanym", jak wiele, które ostatnio widzieliśmy. Bob Dylan to postać, która zasługuje na to, by oddać jej sprawiedliwość, podejść do niej z głębokim szacunkiem, nienaganną obsadą i całkowitym zaangażowaniem. Zrobiliśmy to w 150%. To nie tylko film o Bobie Dylanie, to film, który bada całą epokę, lata 60. Jak już mówiłem, we Francji istniała Nowa Fala, a w Stanach Zjednoczonych był to ruch muzyczny, przewrót kulturowy.
Jeśli chodzi o obawy, to nie, nie odczuwam żadnych. Szczerze mówiąc, czuję się coraz mniej zmartwiony. Zbliżam się do trzydziestki, a to życie - ta kariera, którą wybrałem - jest tak dziwna, że głupotą byłoby wchodzić w nią z jakimikolwiek obawami. To dziwne życie, wybrać życie pod okiem świata, ale to życie, w którym trzeba iść naprzód bez strachu.
Timothée Chalamet: Moja odpowiedź jest krótka: nie, nigdy nie miałem okazji go poznać. Oczywiście bardzo bym chciał, ale też bardzo go szanowałem. Jak widać w filmie, jest dość tajemniczą osobą.
Zdałem sobie sprawę, że to spotkanie może nie być łatwe. Bardzo chciałbym się z nim spotkać i nadal to robię, ale moje pragnienie zobaczenia go osobiście nigdy nie przeważyło nad moim szacunkiem dla niego. Rozumiem też, że nie jest on osobą, która szczególnie lubi się eksponować, ujawniać publicznie lub nawiązywać nowe znajomości w wieku 83 lat.
James Mangold: Ach, wolność artystyczna... Cóż, ten film, podobnie jak Spacer po linie, nie jest jedynym, w którym pracuję nad prawdziwymi postaciami. Nawet w Le Mans 66 czy A Stolen Life opowiadamy historie inspirowane prawdziwymi wydarzeniami. Niektórzy nazywają je "filmami biograficznymi ", inni "filmami o samochodach wyścigowych ", podczas gdy w rzeczywistości są to zawsze historie biograficzne opowiedziane z różnych perspektyw.
Ważną rzeczą jest znalezienie prawdy. Ale nie ma jednej prawdy. Nawet w przypadku Boba Dylana, każda osoba będzie miała własne spojrzenie na to, co się wydarzyło. Jako reżyser nie mogę nakręcić trzech wersji sceny; muszę wybrać jedną i trzymać się jej.
Jeśli chodzi o wolność artystyczną, Dylan nie był tam, aby powiedzieć: "To jest to, co naprawdę się wydarzyło, ale zrób to inaczej". Rozumiał, że cały projekt jest czymś innym niż tylko transkrypcją faktów. Nie chcieliśmy zrobić wpisu w Wikipedii, osi czasu czy serii napisów z datami. Naszym celem było uchwycenie emocji, uczucia.
Książki mogą dokumentować fakty. Dyskografie archiwizują muzykę. Filmy dokumentalne pokazują prawdziwe obrazy tego, co się wydarzyło. Ale nasz film musiał uchwycić to, czego żaden z tych formatów nie potrafi: co działo się w pokojach, w których nie było kamer, co czuli bohaterowie w zaciszu własnych domów, z dala od świata zewnętrznego.
Ponieważ dokument, bądźmy szczerzy, nie jest uchwyceniem rzeczywistości, ale przedstawieniem tej rzeczywistości w obecności kamery. A to, co dał mi Dylan, to bardzo szczera relacja z tego, co czuł w tamtym czasie. Interesowało mnie nie tyle to, co się wydarzyło, ale jak tego doświadczył.
Jedną z rzeczy, która mnie wyróżniła i którą podzieliłem się z Timothée i włączyłem do scenariusza, było to, że Dylan powiedział mi o swoim pragnieniu posiadania zespołu. Kilka razy użył słowa "samotność". Opisał mi, jak to jest być artystą solowym i to było potężne.
Nie było to pragnienie zrewolucjonizowania kultury czy zmiany kierunku muzyki popularnej. To była fundamentalna potrzeba: nie czuć się już samotnym na scenie. Widział Johnny'ego Casha i Tennessee Three i mówił sobie: "Oni dobrze się bawią, a ja jestem sam.
Te pierwotne uczucia, takie jak samotność czy pragnienie więzi, są podstawowymi elementami, które zawsze staram się uchwycić jako reżyser i scenarzysta. Ponieważ dla aktora odgrywanie potrzeby więzi jest o wiele bardziej namacalne niż odgrywanie pragnienia zmiany kulturowego modelu muzyki popularnej.
I myślę, że wiele z tego, co robimy w naszym życiu, jest napędzane przez te pierwotne uczucia. Dylan zaoferował mi cenny wgląd w emocjonalne realia tamtego okresu jego życia i było to bezcenne.
Timothée Chalamet: Tak, myślę, że istnieje nostalgia. A jeśli ta nostalgia istnieje, to dlatego, że w latach 60. młodzi artyści tacy jak Bob Dylan, Joan Baez, Pete Seeger czy myśliciele tacy jak James Baldwin nie mieli precedensu. Istniał prawdziwy optymizm, idea, że ludzie i rzeczy mogą się zmienić, a sztuka może mieć znaczący wpływ polityczny lub kulturowy.
Myślę, że dzisiaj jest inaczej. Myślę, że jest dużo więcej cynizmu. Młodsze pokolenie - czy to w Stanach Zjednoczonych, Francji, czy gdziekolwiek indziej na świecie - stoi w obliczu przeszkód, które są być może nawet bardziej intensywne niż te z lat sześćdziesiątych. Jeśli pomyślimy o kwestiach środowiskowych lub kryzysach politycznych, o których wspomniałeś, to wyzwania te są ogromne.
Byłoby niewiarygodne, gdyby dziś pojawiła się taka postać jak Bob Dylan. Myślę jednak, że nawet na tym poziomie panuje pewien cynizm. Na przykład, jeśli ktoś wyszedłby z bardzo krytyczną lub zaangażowaną piosenką lub filmem, mógłby zostać odebrany jako zrehabilitowany lub "korporacyjny". Taka postawa sprawia, że dziś jeszcze trudniej jest pokonać przeszkody.
Dziękuję za poświęcony czas.
A Perfect Stranger to nie tylko film biograficzny o Bobie Dylanie. To tętniący życiem hołd dla epoki, w której muzyka była narzędziem zmian, ożywiony przez zespół pełnych pasji aktorów i techników. Chalamet, Norton, Barbaro i Mangold oddają duszę tamtego okresu i trwały wpływ Dylana na sztukę i kulturę.
Film, w kinach od 29 stycznia 2025 roku, obiecuje emocjonalne i refleksyjne zanurzenie. To doświadczenie, którego nie można przegapić, niezależnie od tego, czy jesteś fanem Dylana, czy po prostu chcesz odkryć ducha lat sześćdziesiątych.
Daty i harmonogramy
W dniu 16 styczeń 2025
Miejsce
Le Bristol Paris
112 Rue du Faubourg Saint-Honoré
75008 Paris 8