Uważani za jeden z głównych filarów alternatywnego metalu, Deftones nieustannie poruszają słuchaczy, mimo że od premiery ich pierwszego albumu minęło już ponad 30 lat. Dowodem na to jest wydanie, 22 sierpnia, albumu "Private Music". Dziesiąty studyjny krążek kalifornijskiego zespołu pokazuje, że grupa wciąż ma jeszcze mocne punkty w rękawie, czego dowodzą takie utwory jak "My Mind Is a Mountain" czy "Milk of the Madonna".
Aby solidnie i oficjalnie wesprzeć najnowszy album, Deftones podjęli świetną decyzję – ponownie ruszyli w europejską trasę koncertową i jej pierwszy przystanek wybrali... Paryż! Przypomnijmy, że ostatni koncert tego amerykańskiego zespołu w paryskiej hali miał miejsce w 2017 roku. Wtedy Deftones zagrali w legendarnym Olympii. Po niemal dziewięciu latach, zespół wraca do francuskiej stolicy i decyduje się na występ w Adidas Arena. I nic dziwnego – bilety rozeszły się jak ciepłe bułeczki już w dniu sprzedaży. Na 29 stycznia 2026 hala na północy Paryża jest już całkowicie wyprzedana. Tłum entuzjastów, wśród nich wielu młodych ludzi, krąży tego czwartkowego wieczoru po korytarzach o godz. 19:45. Inni z kolei cierpliwie czekają w kolejkach do stoisk z merchandisem, mając nadzieję na zdobycie jednego z T-shirtów zespołu, wycenionych na 45 euro.
Po dwóch supportach na scenie pojawia się ostatecznie o godzinie 21:42 grupa Deftones. Scenografia jest minimalistyczna – trzy maty na podłodze, kilka schodków między klawiszami a perkusją, które później będzie używał Chino, duży ekran na tle sceny oraz mnóstwo świateł rozświetlających podłogę, boki i nawet zawieszone na linkach. Publiczność, już rozgrzana występem Denzela Currego, żywo ożywa, gdy na scenę wychodzi Chino Moreno. Widzowie na trybunach szybko wstają i pozostaną na stojąco przez całą noc koncertu.
Deftones zaczyna mocno od utworu "Be Quiet and Drive (Far Away)". Szybko wokalista rzuca się w małe, energiczne kroki. W butach sportowych, w koszuli i krótkich spodniach, odsłaniających białe skarpetki, Chino Moreno bez wahania wchodzi na tyły sceny. Pomimo 52 lat na karku, lider Deftones to istny akumulator energii. Mimo przewodu mikrofonu, artysta nieustannie zmienia pozycje po obu stronach sceny. Zespół szybko przechodzi do utworu "locked club", podczas którego na ekranie ożywają widoczne na okładce ostatniego albumu wijące się węże. Widać, że kalifornijski skład zrównoważy stare przeboje z nowymi utworami podczas całego koncertu.
UTWORY "ecdysis", niezmordowane i chwytające za serce "Diamond Eyes" oraz "Rocket Skates" rozbrzmiewają w hali Adidas Arena, za każdym razem z niesamowitą energią, którą emanował Chino Moreno. Wokalista wykrzykuje purgacyjne okrzyki, przy okazji ginąc ze zmęczenia. Efekt? Lider Deftones skupia na sobie całą uwagę. Trudno przebić się gitarzyście Stephenowi Carpenterowi czy perkusistowi Abe Cunninghamowi w cieniu charyzmatycznego Chino.
Kolejne utwory to "Digital Bath", znakomity singiel "my mind is a mountain" z najnowszej płyty, urzekające "Rosemary", a także "infinite source", podczas gdy na gigantycznym ekranie nadal wyświetlane są bogato dopracowane animacje. Chino Moreno robi chwilę przerwy, by zmienić przemoczoną koszulkę na białą i zwrócić się do publiczności, dziękując im za obecność. "Jak się miewacie, dobrze się bawicie?", pyta, co wywołuje euforyczne krzyki z moshpitu i z trybun. Atmosfera robi się jeszcze bardziej naładowana, gdy rozbrzmiewają pierwsze dźwięki "Change (In the House of Flies)". Z gitarą w ręku Chino prowokuje wśród fanów dzikie pogo. Na ekranie za nim wschodzi jaskrawoczerwone słońce, które stopniowo się podnosi, aż osiąga swój szczyt pod koniec utworu.
Występ trwa z równie wielką pasją, prezentując utwory "Genesis" i "Milk of the Madonna", które ukazują pełen zakres twórczości Deftones.
Po około 1 godziny i 15 minutach Deftones opuszcza scenę, by powrócić z hukiem w trakcie efektownego bisu. Po utworze "Cherry Waves" fani zaczynają wrzeszczeć z radości, gdy rozbrzmiewają pierwsze dźwięki wybuchowego "My Own Summer (Shove It)". Nic dziwnego – wszyscy oszaleli z podekscytowania, a ciała zaczynają się rumienić i poruszać na nosie tego niezapomnianego hitu z 1997 roku. To utwór, który wciąż wywołuje dreszcze i wydaje się nie starzeć. A końcówkę koncertu Deftones postanawia uczynić jeszcze bardziej pamiętną, kończąc występ staropolskim kawałkiem "7 Words" (1995). W ten sposób udowadniają, że mimo ponad 30 lat na scenie, wciąż można na nich polegać jako na jednej z kluczowych grup na scenie alternatywnego metalu. Jedynym rozczarowaniem z naszej strony jest fakt, że nie usłyszeliśmy tego wieczoru na scenie Adidas Arena żadnego utworu z albumu "Deftones". Liczyliśmy na takie perełki jak "Minerva" czy "Hexagram".
Przypominamy:



















